Dochodziła 11 w nocy. Niewielki pokoik pogrążony w ciemnościach, był w niecodziennym bałaganie. Widać, że osoba tam zamieszkująca czegoś szukała lub być może była tak zajęta, że sprzątanie i zachowanie względnej czystości było mało istotne. Gdzieniegdzie upchnięte byle jak ubrania, książki piętrzące się gromadnie od podłogi do sufitu, zapisane kartki rozrzucone na łóżku. Istny rozgardiasz. Delikatnie poruszające się szkarłatne zasłony, tańczyły do dźwięków z zewnątrz. Przez wielkie okno, do pomieszczenia wlewało się blade światło księżyca, tworząc drogę do drzwi.
Srebrna iluminacja, niebiańsko padała na zadbany parkiet, na którym leżał czarnowłosy chłopak. Rozgrzany, nagi brzuch przywarł do podłogi, uniemożliwiając mu bezbolesne wykonywanie większości ruchów. Pocieniowane kosmyki, sięgające łopatek bezwładnie opadały na jego plecy. Przytulony do zimnej powierzchni w ogóle się nie poruszał. Kontemplował w ciszy otaczające go rzeczy. Każda z nich miała swoją oddzielną, jedyną w swoim rodzaju historię i przynosiła ona wspomnienia. Niczym człowiek po latach odnajdujący swoje zabawki na starym strychu.
Powoli poniósł powieki, ostrożnie patrząc przed siebie. Leżał tak kilka godzin, całkowicie wyłączony, jakby oddzielony niewidzialną błoną, czymś na wzór kokonu. Z każdą chwilą stawał się coraz bardziej żywotny, wychodził ze stanu hibernacji. Zamrugał kilkukrotnie, po czym z niesamowitą szybkością wstał. Miał około 5,2 stóp wzrostu i zgrabne, smukłe ciało, proszące się o dotyk. Nisko osadzone spodnie ukazywały fragment bielizny. Wolnym, dostojnym krokiem podszedł do jednej z literaturowej budowli i chwycił książkę pierwszą z brzegu. Kurtyna czarnych, lśniących włosów, niczym zasłona czarnego atłasu, niesfornie opadała mu na oczy. Spojrzał na okładkę i uśmiechnął się półgębkiem. Przytulił ją do piersi, zakręcił się wokół własnej osi i rzucił ją na zagracone łóżko. Dzieło upadło z cichym hukiem, zatapiając się w księżycowej poświacie. Wciąż uśmiechnięty, złapał srebrny krzyżyk, który zawsze ozdabiał jego szyję i śmiejąc się cicho zaczął wirować po całym pokoju. Kiedy radosny taniec się skończył, skoczył na pościel zrzucając na ziemię wszystkie zapiski, szkice i rysunki, jakie tworzył od kilku dni. Wszystko co mu przyszło do głowy przelewał na papier.
Usiadł spokojnie pod oknem, spoglądając na niebo, udając jakby niewinny, dziecinny odruch sprzed momentu, nie miał wcale miejsca. Wielkie czekoladowe oczy lśniły, odbijając gwiezdną przestrzeń. W końcu przeczesał dłonią włosy i sięgnął po książkę. Znał ją na pamięć, a mimo to uwielbiał odczytywać z niej poszczególne fragmenty i wyobrażać sobie co będzie dalej oraz co by było gdyby autor napisał inaczej. Nachylił się nad nią i pomrukując znalazł odpowiednia stronę.
‘… - Umrzesz teraz – szepnął mi do ucha – aby razem ze mną żyć wiecznie. Ani przez chwilę się nie lękaj. Bezpiecznie będę trzymał twe serce w dłoniach.’ – czytał myślach – ‘Jego zęby wbiły się we mnie z okrutną precyzją. Serce mi załomotało, wnętrzności się skurczyły, żołądkiem szarpnął ból, zarazem jednak żyły zalała dzika rozkosz. Czułem, jak krew spieszy,, by zaspokoić pragnienie Mistrza, mnie wiodąc ku nieuchronnej śmierci. Pod palcami czułem gładkość jego loków, chociaż ich nie dotykałem. Słyszałem i czułem w sobie stanowczy rytm jego serca. Lewitowałem, utrzymywany przez ten puls i rwący prąd umykającej krwi...‘ Ah. – westchnął – ‘Jak chciałbym być takim wampirem. Uzależnienie od drugiej osoby. W końcu bym się komuś przydał, coś bym robił. Nuda zabija powoli, wbijając subtelnie swoje kły jadowe. Samotność również. Tyle że ta rozrywa od środka lub miażdży z impetem całą duszę, zmuszając tym samym mózg, do podjęcia odpowiednich środków.’
Ktoś zaczął klaskać. Chłopak gwałtownie spojrzał się w przeciwległy róg pokoju. Serce podskoczyło mu do gardła. Jak to? Przecież on mieszka sam. Zaczął panikować.
Z cienia wyłonił się mężczyzna. Jasna skóra wydawała się wręcz dziwnie biała, a jego spojrzenie przeszywało na wskroś, zupełnie jakby znało każdy szczegół twojej duszy. Szare oczy omotały czarnowłosego, a ciemny makijaż uwydatnił przerażającą barwę pustki. Gęste, brązowe, idealne loki spływały z jego głowy. Dostojna postura, oszałamiający uśmiech. Koszula w indyjskim stylu, lekko prześwitująca, dżinsowe spodnie i eleganckie buty. Człowiek iście niezwykłej urody.
- Cóż za filozoficzne przemyślenia, Hideto – przemówił dźwięcznym, czystym głosem, który zaparł chłopakowi dech w piersiach
Mężczyzna podchodził coraz bliżej z niezwykłą śmiałością. Każdy jego krok Hideto czuł w środku. Czuł, że jego przestrzeń osobista coraz bardziej się kurczy. Nieświadomie zaczął się cofać, aż w końcu poczuł jak jego plecy stykają się z lodowatą ścianą. Nie miał dokąd uciec. Sam siebie zagonił w kozi róg. Nieproszony gość wciąż kierował się ku niemu i nie zamierzał się zatrzymać. Chwilę później byli już obok siebie. Przybysz złapał za podbródek czarnowłosego i zaczął mu się bacznie przyglądać. Hideto aż pisnął kiedy lodowata dłoń dopchnęła jego twarzy. Miał długie paznokcie. Zadbane i zdawało się jakby były starannie oszlifowanym szkłem.
- Kim jesteś? – zapytał przerażony chłopak i spojrzał w górę by zobaczyć dokładnie jego twarz. Był od niego sporo wyższy, a do tego jeszcze on sam stał na łóżku.
- Twoim zbawieniem, mój mały…
Think.
Czasami nic nie jest takie jakim się zdaje.
sobota, 8 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)
